Ma już cztery zęby i robi "papa" :)
sobota, 22 czerwca 2013
czwartek, 20 czerwca 2013
Odkurzamy stare kąty
Ale do rzeczy. Mam wrażenie, że ktoś wyjął mnie z marca i wrzucił do worka czerwcowego. No bo gdzie się podziały te prawie trzy miesiące, ja się pytam?! Wspominam okres urlopu macierzyńskiego z rozrzewnieniem. Porządek w mieszkaniu, pranie wysuszone na czas, pełne obiady, no i ten czas z Wojtkiem, taki tylko NASZ.
Po Powrocie do pracy jest ciężko, nie ukrywam. Wstawanie po 5 rano, żeby mąż mógł nas zawieźć do babci, a sam pojechać na 7 do pracy. Dojazdy na 12, powroty na 20. Jesteśmy gośćmi w domu. Wojtek ma nas oboje tylko późnym wieczorem i w weekendy.
Na szczęście nadal karmię piersią. Nie będę tu pisać o polityce prorodzinnej stosowanej w mojej pracy, bo musiałabym użyć całkiem sporej liczby niecenzuralnych epitetów. Grunt, że najgorszy okres jakoś przetrzymaliśmy (laktator Avent Isis sprawdza się do dzisiaj, chociaż uszczelka chyba trochę przepuszcza już powietrze), pokarmu w pracy już nie odciągam, dopiero po powrocie do domu podczas wieczornego karmienia, żeby Wojtek miał porcję na następny dzień.
Dość jęczenia, pora na podsumowania.
Młody je zupki jarzynowe z mięsiwem (najczęściej jest to cielęcinka) własnej roboty, deserki ze startych (niezbyt drobno) owoców i kaszkę mleczko-ryżowo (tu już nie udało mi się uniknąć MM, niestety, bo nie dałabym rady aż tyle utoczyć własnego). Ostatnio dostał też biszkopcika.
Tuż przed ukończeniem siódmego miesiąca pojawiły się dwie dolne jedynki, zaczął też wtedy stawać przy szczebelkach. Wojtek przemieszcza się po terenie płaskim na czworakach, w momentach krytycznych przyspieszając tak, że ledwo można za nim nadążyć.
Z frontu językowego: nadal gaworzy do upadłego, mamama, papapa, bababa, kakaka, gagaga, dziadziadzia, jajaja i wszystkie inne warianty gardłowe, których nie sposób zapisać. Parska jak konik, piszczy, wyje jak syrena. Pokazuje paluszkiem (moja wielka radość!), dzieli się jedzeniem, skacze do rytmu przy muzyce.
A ostatnio mama nauczyła Synka puszczać bąka :)
A na koniec coś, przy czym najprzyjemniej nam się ostatnio podskakuje :)
Daft Punk - Get Lucky
piątek, 22 marca 2013
Siad (prawie) prosty
A z innej beczki: poszlibyśmy sobie na spacer, ale trochę mamy ostatnio przekichane.
A poza tym:
I tym optymistycznym akcentem żegnam Was dzisiaj :)
środa, 20 marca 2013
Postępy
Dwa dni temu Wojtuś zaczął prostować nóżki w kolanach w pozycji na brzuchu:
Wczoraj moje dziecko zaczęło z tej pozycji siadać. Z wrażenia nie zdążyłam tego udokumentować.
Wojtek stał się też dzieckiem mobilnym - ostatnio spuściłam go z oczu na chwilę i zamiast na macie znalazłam go pod łóżkiem.
Ponadto do słownika doszły nowe głoski: b, m, ł. Młody pięknie gaworzy, wprawiając tym w zachwyt głównie babcie (baba, buba).
Zaczęliśmy też przygodę ze startą marchewką, bo utrzymuje już pion siedząc sam. Kupki stały się dzięki temu bardziej zwarte.
Ogólnie to coraz fajniejszy z niego facet :)
środa, 27 lutego 2013
Wielki odkrywca Wojciech
Rączki w budzi to już standard. Tydzień temu po raz pierwszy złapał się za stopy i bada je od tej pory namiętnie. Dzisiaj mogę już z całą pewnością stawiać mego syna obok Kolumba i Skłodowskiej-Curie. Wojciech pomiędzy tworzeniem gigantycznych fal a wykopywaniem matce mydła z ręki, ten mój pięciomiesięczniak, który przed chwilą był jeszcze noworodkiem, w odmętach piany odkrył, że jest mężczyzną!
Za pierwszym razem myślałam, że to przypadek. Czynność chwytania i miętoszenia została jednak trzykrotnie powtórzona (również przed zaskoczonym ojcem, który postanowił to zjawisko uwiecznić), pojawiła się też podczas dzisiejszej kąpieli.
Matka załkała ze wzruszenia nad oswajającym się z własną męskością synem. I do tej pory zachodzi w głowę, czy nie umniejszyła powagi sytuacji wołając wtenczas "odkrył ptaka!!!".
poniedziałek, 25 lutego 2013
Trzy koszmary i jeden gratis
Laktator kupiony, na pojemniczki do przechowywania pokarmu czekam.
A tymczasem ja każdego ranka budzę się zlana potem.
Koszmar nr 1
Jestem w pracy. Wszystko niby normalnie. Wychodzę z gabinetu. Idę korytarzem. Spotykam szefową. Jest na mnie zła. Idę dalej. Idę. Idę. Idę. Korytarz nie ma końca i wije się jak labirynt. Nie wiem gdzie jestem. Szefowa nadal jest na mnie zła. Rodzice są wściekli. Pobudka.
Koszmar nr 2
Jestem w pracy. Wojtek jest w przedszkolu (?) bez odciągniętego mleka. Nie mam czasu ani na odciągnięcie pokarmu, ani na wykonanie kontrolnego telefonu. Dostaję łapówkę w postaci wafelków. Kolega z podstawówki przykłada mi nóż do gardła, okupem mają być wafelki (oczywiście, logiczne). Pobudka.
Koszmar nr 3
Włamuję się do pracy. Pobudka.
Gratis
Jestem w szpitalu psychiatrycznym, gdzie obserwuję metodę leczenia autyzmu stworzoną przez jakiegoś słynnego profesora. Metoda polega na traktowaniu pacjenta elektrowstrząsami aż do utraty przytomności. Przez lustro weneckie widzę chłopca z blond czuprynką na krześle elektrycznym, bardzo cierpi. Specjaliści wciąż zwiększają natężenie prądu, a ja durna pytam, czy nie słyszeli o metodzie krakowskiej. Pobudka.
Czy ja się stresuję powrotem do pracy? Nie, skąd!
poniedziałek, 11 lutego 2013
Wiktorkowe dziedzictwo
Mam wielką prośbę. Pisałam miesiąc temu o śmierci mojego malutkiego siostrzeńca - Wiktorka.
Wiktor był chory na nieuleczalną chorobę metaboliczną, mukolipidozę (na temat tej choroby siostra pisała na swoim blogu). Przez większą część życia był pod opieką Stowarzyszenia Chorych na Mukopolisacharydozę i Choroby Rzadkie. Tak, bardzo długa nazwa. Tak, bardzo trudna do wypowiedzenia. A wiecie, że jest tych chorób coraz więcej? I coraz trudniejsze nazwy powstają. A stowarzyszenie jest bardzo mało rozpowszechnione, niewiele osób (poza rodziną i zainteresowanymi) wie o istnieniu takich chorób. Stąd moja prośba o zagłosowanie na stowarzyszenie w konkursie na reklamę w jednym z Łódzkich portali organizowanym przez Zielone Media.
Wystarczy polubić Zielone Media na Facebooku, w zakładce "Głosowanie" znaleźć kartę Stowarzyszenia Chorych na Mukopolisacharydozę i Choroby Rzadkie i oddać głos. To zajmuje chwilę, a bardzo pomoże dzieciaczkom.
Niestety świadomość ludzi, zwłaszcza lekarzy, na temat tych rzadkich chorób jest bardzo mała. Moja siostra przez pierwsze miesiące nie wiedziała, że Wiktorek jest chory. Nikt z lekarzy specjalistów nie zwrócił uwagi na nieprawidłowości w budowie maluszka, na zerowe przybieranie na wadze, przez co kazano siostrze wprowadzić mleko modyfikowane, a jednym z objawów choroby Wiktorka była wiotkość krtani i drobna budowa ciała (mamusie laktywistki, czy to nie jest straszne?).
Dlatego tak ważne jest, aby jak największa liczba osób dowiedziała się o istnieniu stowarzyszenia i o jego podopiecznych. Proszę o chwilę uwagi i o przekazywanie tej informacji dalej, to nic nie kosztuje, a korzyści z poświęcenia tej chwili mogą być ogromne :)
Z góry dziękuję za pomoc :)
piątek, 1 lutego 2013
Do mam karmiących piersią
czwartek, 31 stycznia 2013
Akrobatyka stosowana
Ponadto: ślini się jak lama, pcha wszystko do paszczy i dziamie (w tym smoczek, potrafi go sobie sam wyjąć i włożyć), śmieje się w głos podczas gilgotków, bawi się zabawkami w pozycji na plecach i na brzuchu (pod warunkiem, że ich akurat nie wpycha do buzi), leżąc na brzuchu próbuje się przemieszczać do przodu (pupka w górę + rozpaczliwe ruchy rąk i nóg, prawie jak mój styl pływania), no i gada jak najęty do wszystkiego, niekoniecznie do ludzi.
Takie małe podsumowanie, bo jutro skończy cztery miesiące :)
środa, 23 stycznia 2013
Wojtek na spacerze
Dzisiaj, w ramach powrotu, pokażę naszą "trasę spacerową".
Książeczki Wojtuś uwielbia. Lubi, kiedy mu je czytamy. Chętnie dotyka (a czasem nawet zdarzy mu się je przewrócić) stron. Gada z postaciami. Najbardziej podobają mu się, oczywiście, obrazki. Przedstawiamy zatem naszą ulubioną pozycję - na brzuszku :)
Autor: Łukasz Łęcki
Ilustrator: Marta Liszka
czwartek, 17 stycznia 2013
Zatrzymać czas
A przecież na chwilę wszystko się zatrzymało. Nie wiedziałam, jak będziemy dalej żyć po tej wiadomości.
Nadal tego nie rozumiem: jak to możliwe, że ludzie zachowują się tak, jak zawsze, kiedy w nas jest tyle cierpienia. I wciąż uważam niespawiedliwym to, że ja mogę tulić synka, a moja siostra swojego odwiedza na cmentarzu.
Tym bardziej doceniam chwile spędzane z Wojtusiem.
Wiktorku, czuwaj nad Mamusią i Tatusiem.
środa, 12 grudnia 2012
BAN książeczkowy!
sobota, 8 grudnia 2012
Karmię
Ale od początku.
Leżąc plackiem na sali pooperacyjnej płakałam sobie z tych emocji i czekałam na Wojtusia. Doczekałam się wreszcie - pani Janinka przyniosła mi zawiniątko i przystawiła. Zabolało, potem jeszcze mocniej, a później trochę mniej i się przyzwyczaiłam. Nie wiedziałam jak mam Młodego trzymać, bo podnosić się nie mogłam, ale jakoś go przerzucałam nad sobą z jednej piersi na drugą. Trochę płakał jak nie mógł złapać, przychodziła pielęgniarka zabrać go na oddział noworodków, żebym mogła się wyspać, ale ja twarda - nie i nie! W końcu nad ranem pani Janinka (kochana kobieta) nastraszyła mnie, że nie dam rady wstać ze zmęczenia i poszła z Wojtkiem, a ja w tym czasie miałam odespać i nabrać sił. Tak, jasne. Przepłakałam za nim jakąś godzinę, podczas gdy na porodówce właśnie krzyczała nowa mamusia (jak się potem okazało - koleżanka ze szkoły rodzenia), co mnie dodatkowo zdołowało, bo "ona może, a ja nie mogłam" :D A potem jakoś się zrobiło jasno i przyszedł nowy dzień.
Wojtusia przynoszono mi jeszcze dwa razy. Około godziny 10:00 w trakcie obchodu pani doktor powiedziała, że ze względu na moją cukrzycę ciążową (???) zrobili Wojtusiowi badania i okazało się, że ma za niski cukier. Więc go dosłodzą pompą glukozową. I znowu mi go zabrali. Myślałam, że to będzie jednorazowa kroplówka. I czekałam. Jak ta głupia. W końcu przyszła pielęgniarka i okazało się, że Młody sobie poleży pod tą pompą tak ze 24 godziny! I ja oczywiście w płacz. Jednocześnie dała mi kubeczek, żebym odciągnęła ręcznie pokarm. Pokazała co i jak, dała mi pół godziny i poszła. No to ja wyciskam, wyciskam, zbieram mozolnie te kropelki. Upociłam się z trudu. Ledwo dno kieliszka zakryłam i leżę smutna, że tak mało odciągnęłam. Przyszła pani Janinka i powiedziała z uśmiechem "O! jak dużo!" :D
Około godziny 17:00 położna pomogła mi wstać, trochę było mi słabo, ale kozak jestem w końcu, zacisnęłam zęby, poszłam pod prysznic i od razu na noworodki. A tam, w wysokim wózku, z wenflonem w rączce leżał mój synek. Spał sobie, akurat był nakarmiony (mała, zimna buteleczka MM leżała w wózku). Oczywiście się popłakałam, a jakże! Poprosiłam pielęgniarki, żeby go nie dokarmiały, tylko mnie wołały (leżałam dwie sale dalej, bo tak były ładnie dwa oddziały połączone, że dzielił mnie od Wojtka tylko pokój lekarzy i znienawidzona "poczekajka"). Postałam nad nim chwilkę, zakręciło mi się w głowie i kazały mi wracać do łóżka. Chodzenie na tym etapie zajmowało mi trochę czasu i zanim doszłam do łóżka, to Wojtek zdążył się obudzić i zaczął płakać. Więc wróciłam, nakarmiłam, utuliłam. I tak do niego chodziłam, ale wcale nie dobę. Bynajmniej! Wojtuś był dosładzany przez dób 3 (słownie: trzy i trochę). A ja na tym foteliku trzy noce i trzy dni nad nim prześlęczałam, aż mi nogi spuchły i mnie znowu okrzyczały pielęgniarki :D
Na trzeci dzień zaczął się nawał. Piersi twarde jak skały (do tej pory nie wiedziały, co to rozstępy) i płaściusieńkie - Wojtuś nie miał jak chwycić brodawki. W ruch poszły kapturki silikonowe, z którymi bujaliśmy się ponad miesiąc.
Mniej więcej po miesiącu pojawił się ból pod lewą pachą (próbowałam wtedy odstawić kapturki). Doszła gorączka prawie 40 stopni. Diagnoza - zapalenie piersi. I wylądowałam w łóżku z antybiotykiem, przerażona, że zaniknie mi pokarm. Okłady z liści kapusty, częste przystawianie Wojtka i antybiotyk pomogły. Ale od tej pory chucham na zimne. I piję herbatkę na laktację.
Kolejna próba, zaraz po zapaleniu - Wojtek wyhodował coca-colę w siuśkach, jazda do szpitala! Kolejne dziesięć dni poza domem. Pierwszej nocy piersi mi sflaczały i skapitulowałam, dałam Wojtkowi herbatkę koperkową. Potem stres minął i było lepiej. W efekcie szpital wyszedł nam na dobre, bo z lenistwa (za daleko miałam do czajnika z wrzątkiem) skończyliśmy z kapturkami.
Minęły już dwa miesiące i mogę wreszcie powiedzieć, że karmienie piersią jest fajne :)
Długo mi jakoś wyszło. To na pocieszenie będzie zdjęcie z początków :)
Pozdrawiam mlecznie :)
czwartek, 6 grudnia 2012
Żyjemy
23.09.2012r. czyli dzień przed planowym terminem porodu, udałam się z mężem do szpitala. Przez tydzień wymaszerowałam i wyspacerowałam się za wszystkie czasy, bez skutku. Leżałam na "poczekajce" - sali nr 12. Trzy razy na nią wracałam z sali porodowej (żel wpuszczony do szyjki, który miał ją zmiękczyć i pomóc w rozwieraniu i dwie próby z pompą oksytocynową). Przez ten tydzień skład "poczekajki" zmieniał się codziennie. Nie muszę chyba mówić, że z każdym dniem moja chandra rosła i rosła. Po tygodniu nadal miałam rozwarcie na palec i pani doktor zdecydowała: jutro wóz albo przewóz (czytaj: albo urodzę naturalnie po kolejnej pompie, albo mnie pokroją).
Piszę to wszystko na spokojnie, minęły już dwa miesiące, ale nadal pamiętam ten ból i strach. Nie bałam się porodu, nastawiałam się na naturalne rodzenie, bardzo tego z mężem chcieliśmy, zakładaliśmy, że wszystko pójdzie dobrze, nawet nie myślałam o operacji. 1.10.2012r. zapamiętam jako najgorszy i najlepszy zarazem dzień mojego życia. Dwie pompy z oksytocyną od godziny 10:00 zrobiły swoje - poważne i regularne skurcze pojawiły się około godziny 15:00. Mąż był już wtedy ze mną, pomagał mi siadać na piłkę, wstawać na siusiu, wchodzić na łóżko. Z czasem skurcze stały się coraz boleśniejsze, zamraczało mnie, niewiele pamiętam. Podczas jednego ze skurczy położna zrobiła mi masaż szyjki (masakra), podczas jeszcze jednego przebiła mi pęcherz płodowy (masakra2, bo ponoć był strasznie twardy i gruby). Badania położnej i pani doktor nie przynosiły dobrych wieści - szyjka nie chciała współpracować, rozwarła się tylko na dwa palce. O godzinie 19:00 przyszła nowa zmiana położnych (skurcze miałam już co około minutę) i pani doktor zapytała mnie czy wyrażam zgodę na cesarskie cięcie. Zaczęłam płakać, bo przecież nie tak to miało wyglądać, ale i pani doktor, i mąż uspokoili mnie, że to dla dobra dziecka. Więc się zgodziłam i wszystko potoczyło się bardzo szybko. Ten fragment przygotowań wolałabym wymazać z pamięci (nowa położna była delikatnie mówiąc niemiła) i nie będę go opisywać. Przez całą operację anestezjolog do mnie mówił, uspokajał mnie, kiedy zaczynałam panikować, rozmawialiśmy o mojej pracy, doradzałam mu, jak ma ćwiczyć z córeczką, żeby nie miała problemów z mówieniem głoski "sz" :) Ale to wszystko już po tym najważniejszym momencie, kiedy pani doktor pokazała mi go i dała do pocałowania jego główkę :)
Wojtuś urodził się 1.10.2012r. o godzinie 19:30 przez cesarskie cięcie.Ważył 3100g, mierzył 52cm i otrzymał 10 punktów w skali Apgar.
I kocham go nad życie!
czwartek, 20 września 2012
Chandra
Jednego jestem pewna - bardzo chciałabym już urodzić.
poniedziałek, 17 września 2012
Siedem dni
Te ostatnie tygodnie płyną naprawdę szybko, nie wiem, gdzie podziała się połowa września.
Podczas wizyty (3.09) pani doktor oszacowała wagę Młodego na 3kg :) Jest zatem co dźwigać. Mały często rozpycha się kolankami i brzuch zmienia się wtedy w asymetryczną masę. Do bólu w podbrzuszu już się przyzwyczaiłam. Skurcze też nie są mi już straszne.
Nie mogę się już doczekać porodu, to bardzo dziwne uczucie, bo spodziewam się go w każdej chwili :)
Piszę chaotycznie, bo jestem bardzo zmęczona, kiepsko u mnie ostatnio ze snem.
Bilans wagowy: +10kg wow!
piątek, 31 sierpnia 2012
Co mi pan tu...
- Kopytko?
A więc ćwiczeń rozciągających ciąg dalszy ;)
środa, 29 sierpnia 2012
Jadą meble, jadą
Młody chyba schodzi niżej, znowu biegam do łazienki co pięć minut na kilka kropelek, czuję takie dziwne drapanie w dole brzucha i (uwaga!) nie mam zgagi!!! A jem tak jak zwykle. Z przyjemności ciążowych dodam jeszcze trudności w obcinaniu paznokci u stóp oraz bezsenność wywołaną przekręcaniem się wieloryba z boku na bok. Czasami też zdarzają mi się zachwiania równowagi, na szczęście jeszcze nie zaliczyłam tzw. gleby :) Zaparć - brak, dzięki produktom sezonowym (malinki i pomidorki, pyyyycha!), mdłości - brak, zgagi - brak (nareszcie), opuchnięć - brak.
W ogóle czuję się świetnie (nie licząc wciąż zatkanej raz prawej, raz lewej dziurki nosa), troszkę dokuczają mi mięśnie pleców, ale kto by się takimi rzeczami przejmował, kiedy wszystko inne w normie?
W poniedziałek kolejna wizyta u pani doktor, dowiemy się ile waży nasz Maluszek. Mam wrażenie, że już jest taaaki duży, że ledwo się mieści w moim brzuchu. Chyba mu się tam trochę ciasnawo zrobiło :)
wtorek, 28 sierpnia 2012
Versatile blogger
Za nominację dziękuję Mandarynkowej Mamie.
Zgodnie z zasadami powinnam nominować dziesięć innych blogów, tak się jednak składa, że na większości odwiedzanych przeze mnie nagroda ta już się pojawiła :) Nominuję zatem każdego, kto ma na to ochotę :)
No to teraz siedem rzeczy, którymi chciałabym się z Wami podzielić:
1. Zegarek noszę tylko na prawej ręce. Nie jest to związane z żadną ideologią, ani manifestem. Po prostu na lewej ręce od urodzenia mam znamię, zwane "myszką", o które czasem zahaczałam bransoletką czy zegarkiem. Dermatolog radzi toto usunąć, ale jakoś się zżyłam z moją myszką :)
2. Leń ze słomianym zapałem, tak można mnie scharakteryzować.
3. Uwielbiam słuchać radiowej Trójki :)
4. Wstyd się przyznać, ale kiedyś paliłam papierosy :( Teraz walczę z moją mamą o to, by zerwała z nałogiem, nawet zastanawiam się nad kupieniem jej elektronicznego papierosa.
5. Z wykształcenia jestem polonistką ze specjalnością logopedyczną. Tak, mogę uczyć dzieci w szkole, ale gimnastyka buzi i języka bardziej mnie kręci :D Pracuję nad wadami wymowy, jak również z dziećmi z porażeniami, chorobami genetycznymi i wadami rozwojowymi. Czasem jest ciężko, ale uwielbiam swoją pracę :)
6. Nie potrafię kłamać i jestem zdecydowanie zbyt naiwna.
7. Jestem typem wrażliwca, strasznie się wzruszam i nie potrafię ukryć emocji, kiedy coś lub ktoś mnie zdenerwuje.
Dziękuję za uwagę :)
PS Nie zapeszając - chyba przeziębienie odpuszcza! Wiwat miód i cytryna!!!
niedziela, 26 sierpnia 2012
Przekichane
... zastanawiam się, czy wystarczy mi ciąży na skończenie tego kocyka :D





