czwartek, 20 czerwca 2013

Odkurzamy stare kąty

Czy ktoś już tu wspominał, że czas to zakręcone "coś"? Jeśli nie, to podpisuję się pod tymi słowami:


Ale do rzeczy. Mam wrażenie, że ktoś wyjął mnie z marca i wrzucił do worka czerwcowego. No bo gdzie się podziały te prawie trzy miesiące, ja się pytam?! Wspominam okres urlopu macierzyńskiego z rozrzewnieniem. Porządek w mieszkaniu, pranie wysuszone na czas, pełne obiady, no i ten czas z Wojtkiem, taki tylko NASZ.
Po Powrocie do pracy jest ciężko, nie ukrywam. Wstawanie po 5 rano, żeby mąż mógł nas zawieźć do babci, a sam pojechać na 7 do pracy. Dojazdy na 12, powroty na 20. Jesteśmy gośćmi w domu. Wojtek ma nas oboje tylko późnym wieczorem i w weekendy.
Na szczęście nadal karmię piersią. Nie będę tu pisać o polityce prorodzinnej stosowanej w mojej pracy, bo musiałabym użyć całkiem sporej liczby niecenzuralnych epitetów. Grunt, że najgorszy okres jakoś przetrzymaliśmy (laktator Avent Isis sprawdza się do dzisiaj, chociaż uszczelka chyba trochę przepuszcza już powietrze), pokarmu w pracy już nie odciągam, dopiero po powrocie do domu podczas wieczornego karmienia, żeby Wojtek miał porcję na następny dzień.

Dość jęczenia, pora na podsumowania.

Młody je zupki jarzynowe z mięsiwem (najczęściej jest to cielęcinka) własnej roboty, deserki ze startych (niezbyt drobno) owoców i kaszkę mleczko-ryżowo (tu już nie udało mi się uniknąć MM, niestety, bo nie dałabym rady aż tyle utoczyć własnego). Ostatnio dostał też biszkopcika.

Tuż przed ukończeniem siódmego miesiąca pojawiły się dwie dolne jedynki, zaczął też wtedy stawać przy szczebelkach. Wojtek przemieszcza się po terenie płaskim na czworakach, w momentach krytycznych przyspieszając tak, że ledwo można za nim nadążyć.

Z frontu językowego: nadal gaworzy do upadłego, mamama, papapa, bababa, kakaka, gagaga, dziadziadzia, jajaja i wszystkie inne warianty gardłowe, których nie sposób zapisać. Parska jak konik, piszczy, wyje jak syrena. Pokazuje paluszkiem (moja wielka radość!), dzieli się jedzeniem, skacze do rytmu przy muzyce.

A ostatnio mama nauczyła Synka puszczać bąka :)


A na koniec coś, przy czym najprzyjemniej nam się ostatnio podskakuje :)
Daft Punk - Get Lucky

piątek, 22 marca 2013

Siad (prawie) prosty

No to znów się chwalę, bo tym razem miałam telefon pod ręką:


A z innej beczki: poszlibyśmy sobie na spacer, ale trochę mamy ostatnio przekichane.
A poza tym:

I tym optymistycznym akcentem żegnam Was dzisiaj :)

środa, 20 marca 2013

Postępy

Nie zdążyłam się jeszcze nacieszyć i pochwalić damskimi pompkami, jakie od ponad dwóch tygodni wytrwale ćwiczy moje dziecko, a ono już mnie wyprzedziło.



Dwa dni temu Wojtuś zaczął prostować nóżki w kolanach w pozycji na brzuchu:






Wczoraj moje dziecko zaczęło z tej pozycji siadać. Z wrażenia nie zdążyłam tego udokumentować.

Wojtek stał się też dzieckiem mobilnym - ostatnio spuściłam go z oczu na chwilę i zamiast na macie znalazłam go pod łóżkiem.
Ponadto do słownika doszły nowe głoski: b, m, ł. Młody pięknie gaworzy, wprawiając tym w zachwyt głównie babcie (baba, buba).
Zaczęliśmy też przygodę ze startą marchewką, bo utrzymuje już pion siedząc sam. Kupki stały się dzięki temu bardziej zwarte.

Ogólnie to coraz fajniejszy z niego facet :)

środa, 27 lutego 2013

Wielki odkrywca Wojciech

Rączki w budzi to już standard. Tydzień temu po raz pierwszy złapał się za stopy i bada je od tej pory namiętnie. Dzisiaj mogę już z całą pewnością stawiać mego syna obok Kolumba i Skłodowskiej-Curie. Wojciech pomiędzy tworzeniem gigantycznych fal a wykopywaniem matce mydła z ręki, ten mój pięciomiesięczniak, który przed chwilą był jeszcze noworodkiem, w odmętach piany odkrył, że jest mężczyzną!
Za pierwszym razem myślałam, że to przypadek. Czynność chwytania i miętoszenia została jednak trzykrotnie powtórzona (również przed zaskoczonym ojcem, który postanowił to zjawisko uwiecznić), pojawiła się też podczas dzisiejszej kąpieli.
Matka załkała ze wzruszenia nad oswajającym się z własną męskością synem. I do tej pory zachodzi w głowę, czy nie umniejszyła powagi sytuacji wołając wtenczas "odkrył ptaka!!!".

poniedziałek, 25 lutego 2013

Trzy koszmary i jeden gratis

Za dwa tygodnie rozpocznę akcję "mama wraca do pracy".
Laktator kupiony, na pojemniczki do przechowywania pokarmu czekam.

A tymczasem ja każdego ranka budzę się zlana potem.

Koszmar nr 1
Jestem w pracy. Wszystko niby normalnie. Wychodzę z gabinetu. Idę korytarzem. Spotykam szefową. Jest na mnie zła. Idę dalej. Idę. Idę. Idę. Korytarz nie ma końca i wije się jak labirynt. Nie wiem gdzie jestem. Szefowa nadal jest na mnie zła. Rodzice są wściekli. Pobudka.

Koszmar nr 2
Jestem w pracy. Wojtek jest w przedszkolu (?) bez odciągniętego mleka. Nie mam czasu ani na odciągnięcie pokarmu, ani na wykonanie kontrolnego telefonu. Dostaję łapówkę w postaci wafelków. Kolega z podstawówki przykłada mi nóż do gardła, okupem mają być wafelki (oczywiście, logiczne). Pobudka.

Koszmar nr 3
Włamuję się do pracy. Pobudka.

Gratis
Jestem w szpitalu psychiatrycznym, gdzie obserwuję metodę leczenia autyzmu stworzoną przez jakiegoś słynnego profesora. Metoda polega na traktowaniu pacjenta elektrowstrząsami aż do utraty przytomności. Przez lustro weneckie widzę chłopca z blond czuprynką na krześle elektrycznym, bardzo cierpi. Specjaliści wciąż zwiększają natężenie prądu, a ja durna pytam, czy nie słyszeli o metodzie krakowskiej. Pobudka.

Czy ja się stresuję powrotem do pracy? Nie, skąd!

poniedziałek, 11 lutego 2013

Wiktorkowe dziedzictwo

Dzisiaj wyjątkowo nie będzie o nas.

Mam wielką prośbę. Pisałam miesiąc temu o śmierci mojego malutkiego siostrzeńca - Wiktorka.
Wiktor był chory na nieuleczalną chorobę metaboliczną, mukolipidozę (na temat tej choroby siostra pisała na swoim blogu). Przez większą część życia był pod opieką Stowarzyszenia Chorych na Mukopolisacharydozę i Choroby Rzadkie. Tak, bardzo długa nazwa. Tak, bardzo trudna do wypowiedzenia. A wiecie, że jest tych chorób coraz więcej? I coraz trudniejsze nazwy powstają. A stowarzyszenie jest bardzo mało rozpowszechnione, niewiele osób (poza rodziną i zainteresowanymi) wie o istnieniu takich chorób. Stąd moja prośba o zagłosowanie na stowarzyszenie w konkursie na reklamę w jednym z Łódzkich portali organizowanym przez Zielone Media.

Wystarczy polubić Zielone Media na Facebooku, w zakładce "Głosowanie" znaleźć kartę Stowarzyszenia Chorych na Mukopolisacharydozę i Choroby Rzadkie i oddać głos. To zajmuje chwilę, a bardzo pomoże dzieciaczkom.

Niestety świadomość ludzi, zwłaszcza lekarzy, na temat tych rzadkich chorób jest bardzo mała. Moja siostra przez pierwsze miesiące nie wiedziała, że Wiktorek jest chory. Nikt z lekarzy specjalistów nie zwrócił uwagi na nieprawidłowości w budowie maluszka, na zerowe przybieranie na wadze, przez co kazano siostrze wprowadzić mleko modyfikowane, a jednym z objawów choroby Wiktorka była wiotkość krtani i drobna budowa ciała (mamusie laktywistki, czy to nie jest straszne?).
Dlatego tak ważne jest, aby jak największa liczba osób dowiedziała się o istnieniu stowarzyszenia i o jego podopiecznych. Proszę o chwilę uwagi i o przekazywanie tej informacji dalej, to nic nie kosztuje, a korzyści z poświęcenia tej chwili mogą być ogromne :)

Z góry dziękuję za pomoc :)

piątek, 1 lutego 2013

Do mam karmiących piersią

Co polecacie do odciągania i przechowywania pokarmu? Niedługo wracam do pracy, a chcę utrzymać laktację. Dodam też, że z lodówką w pracy są czasem problemy więc jakaś opcja z termosem by się przydała.

czwartek, 31 stycznia 2013

Akrobatyka stosowana

Wojtek dziś zaczął się przekręcać z plecków na brzuszek :) Zrobił to bez niczyjej pomocy dwa razy z rzędu, a to o czymś świadczy!
Ponadto: ślini się jak lama, pcha wszystko do paszczy i dziamie (w tym smoczek, potrafi go sobie sam wyjąć i włożyć), śmieje się w głos podczas gilgotków, bawi się zabawkami w pozycji na plecach i na brzuchu (pod warunkiem, że ich akurat nie wpycha do buzi), leżąc na brzuchu próbuje się przemieszczać do przodu (pupka w górę + rozpaczliwe ruchy rąk i nóg, prawie jak mój styl pływania), no i gada jak najęty do wszystkiego, niekoniecznie do ludzi.

Takie małe podsumowanie, bo jutro skończy cztery miesiące :)

środa, 23 stycznia 2013

Wojtek na spacerze

Dziękuję za wsparcie. Nadal nam smutno, bardzo tęsknimy za Wiktorkiem, ale trzeba jakoś wrócić do normalności.

Dzisiaj, w ramach powrotu, pokażę naszą "trasę spacerową".


Książeczki Wojtuś uwielbia. Lubi, kiedy mu je czytamy. Chętnie dotyka (a czasem nawet zdarzy mu się je przewrócić) stron. Gada z postaciami. Najbardziej podobają mu się, oczywiście, obrazki. Przedstawiamy zatem naszą ulubioną pozycję - na brzuszku :)


"Spacer" ma formę tekturowej harmonijki. Bardzo nam odpowiada taki format, ponieważ książeczkę łatwo ustawić przed maluchem, który jest nią otoczony i może się rozglądać po okolicy. Wiersz prosty, rytmiczny, rym męski (dla niewtajemniczonych - akcent pada na ostatnią sylabę), można go wykorzystać jako wyliczankę. Historia opowiada o siedmiu czarnych żukach, które spotykamy w każdej kolejnej strofce. 

"Przeszły żuki drogi szmat, wspięły się na duuuży kwiat.
Z kwiatu, jakby nigdy nic, piąty żuk wyskoczył - hyc!"

Przy okazji poznajemy kilka faktów o tych ciekawych owadach: "Oto żuk. Ma sześć nóg i jest czarny tak jak kruk."
Wiersz szybko wpada w ucho, ja znam już prawie na pamięć ;) Przygody naszych żuków kończą się niespodziewaną zmianą ubarwienie tychże, ale więcej nie zdradzę :)
Zaskakuje też szata graficzna książeczki. Nie mamy podziału na strony, bo wszystkie tworzą jedną całość - panoramę spacerowej trasy. A wycieczka jest dłuuuga i prowadzi przez: miasteczko z fontanną na rynku; las, w którym spotkamy sarenkę, zająca, a nawet pana gajowego ze strzelbą (!); boisko i dzieci grające w piłkę; wiejski pejzaż pól z krówkami, świnkami i ciągnikiem; rzeczkę i spływ kajakowy i wreszcie plac zabaw. Dużo szczegółów, które maluch studiuje za każdym razem z takim samym zainteresowaniem.
Polecamy!


 "Spacer"
Autor: Łukasz Łęcki
Ilustrator: Marta Liszka  
Wydawnictwo Czerwony Konik

czwartek, 17 stycznia 2013

Zatrzymać czas

Świat nie stanął w miejscu. Śmieciarka hałasuje pod oknem. Sąsiadka podsłuchuje pod drzwiami idąc co rano po chleb. Mąż wyjeżdża przed świtem do pracy. Ja opiekuję się Wojtusiem.
A przecież na chwilę wszystko się zatrzymało. Nie wiedziałam, jak będziemy dalej żyć po tej wiadomości.
Nadal tego nie rozumiem: jak to możliwe, że ludzie zachowują się tak, jak zawsze, kiedy w nas jest tyle cierpienia. I wciąż uważam niespawiedliwym to, że ja mogę tulić synka, a moja siostra swojego odwiedza na cmentarzu.
Tym bardziej doceniam chwile spędzane z Wojtusiem.

Wiktorku, czuwaj nad Mamusią i Tatusiem.

Wiktorek ur. 6.06.2010r. - zm. 6.01.2013r.

środa, 12 grudnia 2012

BAN książeczkowy!

Mama zdecydowanie upadła w dzieciństwie na głowę: 


Ogłaszam zatem ban na książeczki do końca... roku :D



sobota, 8 grudnia 2012

Karmię

Piersiami nawet. Dwumiesięczna przygoda, która zaczęła się w szpitalu, trwa do dzisiaj i mam zamiar jej nie przerywać jak najdłużej.
Ale od początku.
Leżąc plackiem na sali pooperacyjnej płakałam sobie z tych emocji i czekałam na Wojtusia. Doczekałam się wreszcie - pani Janinka przyniosła mi zawiniątko i przystawiła. Zabolało, potem jeszcze mocniej, a później trochę mniej i się przyzwyczaiłam. Nie wiedziałam jak mam Młodego trzymać, bo podnosić się nie mogłam, ale jakoś go przerzucałam nad sobą z jednej piersi na drugą. Trochę płakał jak nie mógł złapać, przychodziła pielęgniarka zabrać go na oddział noworodków, żebym mogła się wyspać, ale ja twarda - nie i nie! W końcu nad ranem pani Janinka (kochana kobieta) nastraszyła mnie, że nie dam rady wstać ze zmęczenia i poszła z Wojtkiem, a ja w tym czasie miałam odespać i nabrać sił. Tak, jasne. Przepłakałam za nim jakąś godzinę, podczas gdy na porodówce właśnie krzyczała nowa mamusia (jak się potem okazało - koleżanka ze szkoły rodzenia), co mnie dodatkowo zdołowało, bo "ona może, a ja nie mogłam" :D A potem jakoś się zrobiło jasno i przyszedł nowy dzień.
Wojtusia przynoszono mi jeszcze dwa razy. Około godziny 10:00 w trakcie obchodu pani doktor powiedziała, że ze względu na moją cukrzycę ciążową (???) zrobili Wojtusiowi badania i okazało się, że ma za niski cukier. Więc go dosłodzą pompą glukozową. I znowu mi go zabrali. Myślałam, że to będzie jednorazowa kroplówka. I czekałam. Jak ta głupia. W końcu przyszła pielęgniarka i okazało się, że Młody sobie poleży pod tą pompą tak ze 24 godziny! I ja oczywiście w płacz. Jednocześnie dała mi kubeczek, żebym odciągnęła ręcznie pokarm. Pokazała co i jak, dała mi pół godziny i poszła. No to ja wyciskam, wyciskam, zbieram mozolnie te kropelki. Upociłam się z trudu. Ledwo dno kieliszka zakryłam i leżę smutna, że tak mało odciągnęłam. Przyszła pani Janinka i powiedziała z uśmiechem "O! jak dużo!" :D
Około godziny 17:00 położna pomogła mi wstać, trochę było mi słabo, ale kozak jestem w końcu, zacisnęłam zęby, poszłam pod prysznic i od razu na noworodki. A tam, w wysokim wózku, z wenflonem w rączce leżał mój synek. Spał sobie, akurat był nakarmiony (mała, zimna buteleczka MM leżała w wózku). Oczywiście się popłakałam, a jakże! Poprosiłam pielęgniarki, żeby go nie dokarmiały, tylko mnie wołały (leżałam dwie sale dalej, bo tak były ładnie dwa oddziały połączone, że dzielił mnie od Wojtka tylko pokój lekarzy i znienawidzona "poczekajka"). Postałam nad nim chwilkę, zakręciło mi się w głowie i kazały mi wracać do łóżka. Chodzenie na tym etapie zajmowało mi trochę czasu i zanim doszłam do łóżka, to Wojtek zdążył się obudzić i zaczął płakać. Więc wróciłam, nakarmiłam, utuliłam. I tak do niego chodziłam, ale wcale nie dobę. Bynajmniej! Wojtuś był dosładzany przez dób 3 (słownie: trzy i trochę). A ja na tym foteliku trzy noce i trzy dni nad nim prześlęczałam, aż mi nogi spuchły i mnie znowu okrzyczały pielęgniarki :D
Na trzeci dzień zaczął się nawał. Piersi twarde jak skały (do tej pory nie wiedziały, co to rozstępy) i płaściusieńkie - Wojtuś nie miał jak chwycić brodawki. W ruch poszły kapturki silikonowe, z którymi bujaliśmy się ponad miesiąc.
Mniej więcej po miesiącu pojawił się ból pod lewą pachą (próbowałam wtedy odstawić kapturki). Doszła gorączka prawie 40 stopni. Diagnoza - zapalenie piersi. I wylądowałam w łóżku z antybiotykiem, przerażona, że zaniknie mi pokarm. Okłady z liści kapusty, częste przystawianie Wojtka i antybiotyk pomogły. Ale od tej pory chucham na zimne. I piję herbatkę na laktację.
Kolejna próba, zaraz po zapaleniu - Wojtek wyhodował coca-colę w siuśkach, jazda do szpitala! Kolejne dziesięć dni poza domem. Pierwszej nocy piersi mi sflaczały i skapitulowałam, dałam Wojtkowi herbatkę koperkową. Potem stres minął i było lepiej. W efekcie szpital wyszedł nam na dobre, bo z lenistwa (za daleko miałam do czajnika z wrzątkiem) skończyliśmy z kapturkami.

Minęły już dwa miesiące i mogę wreszcie powiedzieć, że karmienie piersią jest fajne :)

Długo mi jakoś wyszło. To na pocieszenie będzie zdjęcie z początków :)
Pozdrawiam mlecznie :)

czwartek, 6 grudnia 2012

Żyjemy

Na szybko i trochę chaotycznie, bo nadal ogarniam mamusiowanie :)

23.09.2012r. czyli dzień przed planowym terminem porodu, udałam się z mężem do szpitala. Przez tydzień wymaszerowałam i wyspacerowałam się za wszystkie czasy, bez skutku. Leżałam na "poczekajce" -  sali nr 12. Trzy razy na nią wracałam z sali porodowej (żel wpuszczony do szyjki, który miał ją zmiękczyć i pomóc w rozwieraniu i dwie próby z pompą oksytocynową). Przez ten tydzień skład "poczekajki" zmieniał się codziennie. Nie muszę chyba mówić, że z każdym dniem moja chandra rosła i rosła. Po tygodniu nadal miałam rozwarcie na palec i pani doktor zdecydowała: jutro wóz albo przewóz (czytaj: albo urodzę naturalnie po kolejnej pompie, albo mnie pokroją).

Piszę to wszystko na spokojnie, minęły już dwa miesiące, ale nadal pamiętam ten ból i strach. Nie bałam się porodu, nastawiałam się na naturalne rodzenie, bardzo tego z mężem chcieliśmy, zakładaliśmy, że wszystko pójdzie dobrze, nawet nie myślałam o operacji. 1.10.2012r. zapamiętam jako najgorszy i najlepszy zarazem dzień mojego życia. Dwie pompy z oksytocyną od godziny 10:00 zrobiły swoje - poważne i regularne skurcze pojawiły się około godziny 15:00. Mąż był już wtedy ze mną, pomagał mi siadać na piłkę, wstawać na siusiu, wchodzić na łóżko. Z czasem skurcze stały się coraz boleśniejsze, zamraczało mnie, niewiele pamiętam. Podczas jednego ze skurczy położna zrobiła mi masaż szyjki (masakra), podczas jeszcze jednego przebiła mi pęcherz płodowy (masakra2, bo ponoć był strasznie twardy i gruby). Badania położnej i pani doktor nie przynosiły dobrych wieści - szyjka nie chciała współpracować, rozwarła się tylko na dwa palce. O godzinie 19:00 przyszła nowa zmiana położnych (skurcze miałam już co około minutę) i pani doktor zapytała mnie czy wyrażam zgodę na cesarskie cięcie. Zaczęłam płakać, bo przecież nie tak to miało wyglądać, ale i pani doktor, i mąż uspokoili mnie, że to dla dobra dziecka. Więc się zgodziłam i wszystko potoczyło się bardzo szybko. Ten fragment przygotowań wolałabym wymazać z pamięci (nowa położna była delikatnie mówiąc niemiła) i nie będę go opisywać. Przez całą operację anestezjolog do mnie mówił, uspokajał mnie, kiedy zaczynałam panikować, rozmawialiśmy o mojej pracy, doradzałam mu, jak ma ćwiczyć z córeczką, żeby nie miała problemów z mówieniem głoski "sz" :) Ale to wszystko już po tym najważniejszym momencie, kiedy pani doktor pokazała mi go i dała do pocałowania jego główkę :)

Wojtuś urodził się 1.10.2012r. o godzinie 19:30 przez cesarskie cięcie.Ważył 3100g, mierzył 52cm i otrzymał 10 punktów w skali Apgar.

I kocham go nad życie!

czwartek, 20 września 2012

Chandra

Jak w tytule. Nie wiem, co się dzieje, nie chcę tego, ale cały dzień warczę na każdego, kto mi się nawinie i płaczę z byle powodu. Może to pogoda, jesienna, paskudna plucha. Może tak odreagowuję brak snu, może, może...
Jednego jestem pewna - bardzo chciałabym już urodzić.

poniedziałek, 17 września 2012

Siedem dni

Tyle pozostało do wyznaczonej daty porodu. Zaczynam odczuwać lekkie podekscytowanie. Przez ponad tydzień prałam, suszyłam i prasowałam ubranka (na raty). Meble skręcone i ustawione, okna pomyte, firanki poprane (rękami męża, mój wkład, niewielki, ale był). Kocyk na wykończeniu. Od dwóch tygodni siedzę na walizkach u babci, mąż boi się mnie zostawiać samą w domu :)
Te ostatnie tygodnie płyną naprawdę szybko, nie wiem, gdzie podziała się połowa września.
Podczas wizyty (3.09) pani doktor oszacowała wagę Młodego na 3kg :) Jest zatem co dźwigać. Mały często rozpycha się kolankami i brzuch zmienia się wtedy w asymetryczną masę. Do bólu w podbrzuszu już się przyzwyczaiłam. Skurcze też nie są mi już straszne.
Nie mogę się już doczekać porodu, to bardzo dziwne uczucie, bo spodziewam się go w każdej chwili :)
Piszę chaotycznie, bo jestem bardzo zmęczona,  kiepsko u mnie ostatnio ze snem.

Bilans wagowy: +10kg wow!

piątek, 31 sierpnia 2012

Co mi pan tu...

- Auć! Co mi pan tu wypchnął?
- Kopytko?

A więc ćwiczeń rozciągających ciąg dalszy ;)

środa, 29 sierpnia 2012

Jadą meble, jadą

Nareszcie, dziś wieczorem ostatnia wizyta w szkole rodzenia, a w tym czasie mąż przyjmie transport. Na razie się jeszcze nie cieszę, bo komplikacji było sporo, w efekcie których czekaliśmy kolejny tydzień.

Młody chyba schodzi niżej, znowu biegam do łazienki co pięć minut na kilka kropelek, czuję takie dziwne drapanie w dole brzucha i (uwaga!) nie mam zgagi!!! A jem tak jak zwykle. Z przyjemności ciążowych dodam jeszcze trudności w obcinaniu paznokci u stóp oraz bezsenność wywołaną przekręcaniem się wieloryba z boku na bok. Czasami też zdarzają mi się zachwiania równowagi, na szczęście jeszcze nie zaliczyłam tzw. gleby :) Zaparć - brak, dzięki produktom sezonowym (malinki i pomidorki, pyyyycha!), mdłości - brak, zgagi - brak (nareszcie), opuchnięć - brak.
W ogóle czuję się świetnie (nie licząc wciąż zatkanej raz prawej, raz lewej dziurki nosa), troszkę dokuczają mi mięśnie pleców, ale kto by się takimi rzeczami przejmował, kiedy wszystko inne w normie?

W poniedziałek kolejna wizyta u pani doktor, dowiemy się ile waży nasz Maluszek. Mam wrażenie, że już jest taaaki duży, że ledwo się mieści w moim brzuchu. Chyba mu się tam trochę ciasnawo zrobiło :)

wtorek, 28 sierpnia 2012

Versatile blogger

Trochę to trwało z przyczyny bardzo prostej - nie wiedziałam, co napisać :D
Za nominację dziękuję Mandarynkowej Mamie.

Zgodnie z zasadami powinnam nominować dziesięć innych blogów, tak się jednak składa, że na większości odwiedzanych przeze mnie nagroda ta już się pojawiła :) Nominuję zatem każdego, kto ma na to ochotę :)

No to teraz siedem rzeczy, którymi chciałabym się z Wami podzielić:

1. Zegarek noszę tylko na prawej ręce. Nie jest to związane z żadną ideologią, ani manifestem. Po prostu na lewej ręce od urodzenia mam znamię, zwane "myszką", o które czasem zahaczałam bransoletką czy zegarkiem. Dermatolog radzi toto usunąć, ale jakoś się zżyłam z moją myszką :)

2. Leń ze słomianym zapałem, tak można mnie scharakteryzować.

3. Uwielbiam słuchać radiowej Trójki :)

4. Wstyd się przyznać, ale kiedyś paliłam papierosy :( Teraz walczę z moją mamą o to, by zerwała z nałogiem, nawet zastanawiam się nad kupieniem jej elektronicznego papierosa.

5. Z wykształcenia jestem polonistką ze specjalnością logopedyczną. Tak, mogę uczyć dzieci w szkole, ale gimnastyka buzi i języka bardziej mnie kręci :D Pracuję nad wadami wymowy, jak również z dziećmi z porażeniami, chorobami genetycznymi i wadami rozwojowymi. Czasem jest ciężko, ale uwielbiam swoją pracę :)

6. Nie potrafię kłamać i jestem zdecydowanie zbyt naiwna.

7. Jestem typem wrażliwca, strasznie się wzruszam i nie potrafię ukryć emocji, kiedy coś lub ktoś mnie zdenerwuje.

Dziękuję za uwagę :)

PS Nie zapeszając - chyba przeziębienie odpuszcza! Wiwat miód i cytryna!!!

niedziela, 26 sierpnia 2012

Przekichane

Mąż kończy malować przedpokój, a tymczasem ja...


... zastanawiam się, czy wystarczy mi ciąży na skończenie tego kocyka :D